28 paź 2012

Monika Teresa Rudzka- Bibliotekarki



Monika Teresa Rudzka- Bibliotekarki
Wydawnictwo Skrzat
Wydanie pierwsze
Warszawa 2010
296 stron
Miałam ostatnio ochotę na coś innego niż dotychczas, coś obszerniejszego niż ostatnio, ale lekkiego, zabawnego i ciekawego. Jak kulą w płot…
„Bibliotekarki” to opowieść, jak łatwo się domyślić, o pracownicach biblioteki, zarówno o ich pracy jak i życiu prywatnym. Jak to w życiu bywa, historie są różne i rozmaite anegdoty autorka nam opowiada. Główną bohaterką jest Żywia- osoba tak oryginalna i nietuzinkowa jak jej imię. Za cel stawia sobie zdobycie pracy w bibliotece, a że nigdy nie odpuszcza w końcu jej się udaje. Trafia do Filii nr 32 i właśnie wtedy rozpoczyna się właściwa opowieść- autorka odkrywa przed nami kulisy pracy w bibliotece oraz przybliża sylwetki bibliotekarek, a także czytelników.

Muszę przyznać, że lubię książki, w których autor przeplata różne formy- narrację pierwszo- i trzecioosobową, formę dzienników i listów, tworząc w ten sposób literacką mozaikę. Także w „Bibliotekarkach” spotykamy podobny zabieg, co nadaje książce ciekawego charakteru.
Lubię także, kiedy książka opowiada historie kilku bohaterów, wiadomo- dzięki temu jest ciekawiej a książka staje się wielowymiarowa. Ale tu? Bohaterek albo jest za dużo, albo są tak kiepsko wprowadzone, że nie mogłam ogarnąć ich wszystkich. Ciągle gubiłam się w imionach, nie mogąc zidentyfikować poszczególnych bohaterek. Kolejnym minusem  jest to, że postaci, dialogi i wydarzenia często są przerysowane. Autorka sili się na lekki styl i dowcip, co nie zawsze wychodzi jej na dobre. To kolejna książka, której język w zabawnych scenach przywodzi mi na myśl opowiadania gimnazjalistów niewprawnych jeszcze w pisaniu. Niektóre historie i anegdoty raziły mnie swoją jaskrawością i brakiem realizmu. Drażniły tak samo, jak ciągłe przypominanie Czytelnikowi, że w bibliotecznej toalecie, zamiast ręcznika wisi jakaś obrzydliwa szmata, którą nawet strach przetrzeć podłogę, a co dopiero wytrzeć w to dłonie. Nie podobało mi się również to, że sylwetki bibliotekarek były trochę bez wyrazu. Każda miała swoje indywidualne cechy, ale i tak nie wyróżniały się za bardzo. Najbardziej przeszkadzało mi to, że nie widać było w nich zamiłowania do książek, za to niejednokrotnie wykazywały się literacką ignorancją. Bibliotekarek było sporo i wyglądało to tak, jakby znaczna ich część pracowała tam z przypadku. Nie mogę również powiedzieć, że „Bibliotekarki” to lekka lektura. Owszem, czyta się ją szybko, jednak ciągle gubiłam się w treści. Tak jak już wspomniałam, największym problemem było dla mnie rozróżnianie bohaterek, zwłaszcza „szeregowych” pracownic biblioteki. Mimo, że książka jest kompilacją przeróżnych, często zabawnych anegdot, całość, niestety, jest nieco nudnawa. Nie pomagają portrety kilku ludzi (samych w sobie całkiem ciekawych), nie pomagają listy, wnioski i skargi użytkowników biblioteki, nie pomagają opisy trudów życia prywatnego bibliotekarek. Starałam się, ale cały czas wiało nudą. Nawet gdyby przyjąć, że nie powinniśmy traktować poważnie treści, bo w zamyśle autorki była to satyra, książka i tak jest kiepska i nie zadowala mnie literacko.
Po „Bibliotekarkach” spodziewałam się o wiele, wiele więcej, miałam nadzieję, że ta powieść obali stereotyp nudnej bibliotekarki, rozbawi mnie i zapewni rozrywkę na coraz dłuższe jesienne wieczory. Miałam nadzieję, że bibliotekarki poznane na kartach tej powieści będą takie, jak moja ulubiona bibliotekarka- Pani Ela (oczytane, elokwentne, kulturalne i zawsze w temacie- nigdy mi się nie zdarzyło, żeby Pani Ela choć chwilę się zawahała kiedy pytam o jakiegokolwiek autora czy tytuł, nigdy nie sprawdza w katalogach, albo od razu kieruje się w stronę odpowiedniej półki, albo mówi, że takiej na pewno nie ma. I nigdy się nie myli. Dla mnie jest Bibliotekarką idealną.) Niestety, myślę, że to, że z bólem dotarłam zaledwie do połowy powieści po czym ją porzuciłam mówi samo za siebie.

I o to jestem zła na "Bibliotekarki", bo rozpoczynając przygodę z pisaniem recenzji na tymże blogu obiecywałam sobie, że teraz będę czytać wszystkie książki od deski do deski... No niestety, z postanowieniami tak to już jest, że ja je notorycznie łamię, jak to u typowych zodiakalnych lwic bywa. W końcu włosów też już miałam nie podcinać...

24 paź 2012

Philippe Claudel- Wnuczka Pana Linha



Philippe Claudel- Wnuczka Pana Linha
Przełożył Wojciech Gilewski
Spółdzielnia wydawnicza „Czytelnik”
Wydanie pierwsze
Warszawa 2006
133 strony
Czasem lubię dać się zaskoczyć i wybieram książki, na których okładce nie ma ani słowa o tym, co Czytelnik może znaleźć w środku. I zawsze okazuje się to dobrym pomysłem, bo w ten sposób nigdy nie daję się zmanipulować autorowi notki z okładki, nie wyrabiam sobie opinii o książce zanim jej nie przeczytam. Czy to zadziałało również w przypadku „Wnuczki Pana Linha”?
Pan Linh jest uchodźcą. Wraz z sześciotygodniową wnuczką wypływa ze swojego kraju, gdzie zginęli wszyscy, których znał i gdzie toczy się wojna. Główny bohater ma przy sobie jedynie kilka rzeczy spakowanych w starą walizkę (woreczek z ziemią zebraną w wiosce i starą fotografię). Jednak największym skarbem Pana Linha jest wnuczka- mała Sang Dieu jest dla głównego bohatera wszystkim- troska o nią trzyma go przy życiu. Przybywają do, jak się domyślam, Stanów Zjednoczonych- kraju zupełnie obcego i, jak się wydaje, nieprzyjaznego. Obserwujemy jak Pan Linh, dzień po dniu, przystosowuje się do życia w nowym miejscu. Oswaja się z nowym otoczeniem i zaprzyjaźnia się z mężczyzną poznanym w parku, którego głosu słucha codziennie, ale którego słów nie rozumie. Przez barierę językową ich przyjaźń umacja się poprzez gesty i wspólnie spędzony czas. Gdy pewnego dnia Pan Linh trafia do domu opieki nie może znieść myśli, że jego przyjaciel czeka na niego w ich parku a on sam uwięziony jest w domu starców i postanawia odnaleźć go w wielkim, wciąż obcym mieście. Kiedy w końcu spotyka przyjaciela dochodzi do tragedii i… niesamowitego zwrotu akcji, mimo, że to już koniec powieści.

Książka zauroczyła mnie już samym językiem- krótkie, proste zdania intrygują i zachęcają do zagłębienia się w lekturze. Sprawiają też, że książkę czyta się bardzo szybko, a treść jest przejrzysta i zrozumiała. Trzecioosobowa narracja sprawia, że cała powieść zyskuje ciekawą atmosferę, zwłaszcza, że prowadzona jest w czasie teraźniejszym- ma się wrażenie, że jest się cichym obserwatorem, podglądającym Pana Linha z ukrycia. Moją uwagę zwróciło również to, że w całej książce nie pada nazwa żadnego kraju ani miasta- narrator mówi o nich „kraj Pana Linha”,” miasto”, „wioska”, „kraj”. Również imiona i nazwiska padają stosunkowo rzadko- bohaterom przypisane są pewne określenia- „stary człowiek”, „wnuczka”, „wielki mężczyzna”, „przyjaciel”, itp. Zabieg ten nadaje powieści nieco nastrojowości i uniwersalności. Autor stwarza smutny obraz uchodźcy- starego człowieka, który ucieka przed piekłem wojny, by trafić w miejsce, w którym nie potrafi żyć. Czytelnik zastanawia się, czy nie byłoby lepiej dla Pana Linha, gdyby został w ojczyźnie i zaczekał na śmierć, która zabrała już wszystkich, których znał, a tym samym zniszczyła całe jego dotychczasowe życie. Stary człowiek wzbudza litość, ale i wzruszenie dzięki swojej opiekuńczości wobec wnuczki. Jednak postać małej Sang Dieu jest nieco intrygująca- od początku coś wydaje się być nie tak w jej kwestii. Co? Nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na to pytanie, ale spokojnie- autor rozwiązuje zagadkę na ostatnich stronach. Chociaż, mówiąc ściślej- nie rozwiązuje zagadki, a tylko odpowiada na pytanie, co dopiero budzi dziesiątki pytań i intryguje. Samo imię tej małej jest intrygujące i można interpretować je na wiele sposobów- w języku Pana Linha "Sang Dieu" oznacza "piękny poranek", natomiast jego przyjaciel nazywa ją "Sans Dieu" czyli po francusku "bez Boga". Również postać Pana Barka nie może przejść bez echa- to zwalisty, starszy mężczyzna, palący jak lokomotywa, bo, jak sam przyznaje, tylko to zostało mu po śmierci żony. Pan Bark tęskni za ukochaną kobietą, zwierza się Panu Linhowi, mimo, że ten niczego nie rozumie. A może właśnie dlatego? Okazuje się, że tych dwóch, na pozór tak różnych mężczyzn, łączy bardzo wiele.
Jak napisał Oscar Wilde „Pewność jest fatalna, niepewność czaruje. Mgła nadaje rzeczom urok.” i taka właśnie jest ta książka- mglista, intrygująca, ciekawa, zmuszająca do przemyśleń, czarująca. Na wskroś współczesna bajka dla dorosłych.
Polecam wszystkim, którzy lubią lekturę dającą do myślenia, intrygującą i taką, która po przeczytaniu pozostawia Czytelnika w słodkim odrętwieniu.

19 paź 2012

Barbara Jasnyk- Kaktus w sercu

Barbara Jasnyk- Kaktus w sercu
Wydawnictwo W.A.B.
Wydanie pierwsze
Warszawa 2008
220 stron
W związku ze zbliżającą się wielkimi krokami premierą książki „Przepis na życie” postanowiłam odświeżyć sobie książkę związaną z innym TVN-owskim serialem- „Teraz albo nigdy!”. W ramach przypomnienia- Basia Jasnyk, jedna z bohaterek serialu, napisała książkę, która została wydana również w rzeczywistości (pierwszy taki zabieg w Polsce). Reklamy w telewizji, radio i na ulicach krzyczały, że jest to najbardziej obiecujący debiut roku.
Obietnice wprawdzie były wielkie, a w serialu książka odniosła sukces, jednak życie to nie bajka i w realu jakoś książka furory nie zrobiła…
Główną bohaterką jest Anna Białecka- młoda dziennikarka, pracująca w brukowej gazecie. Mieszka i pracuje ze swoim chłopakiem- Wiktorem, w którym jest obłędnie zakochana (z wzajemnością). Wiktor, w przeciwieństwie do swojej dziewczyny, jest ulubieńcem szefa i Pani Prezes- atrakcyjnej Zuzy, która jest wyraźnie zainteresowana chłopakiem. Ania jest idealistką i marzy o możliwości napisania cyklu wywiadów będących wielowymiarowymi portretami gwiazd, Wiktor natomiast jest świetnym paparazzi, pretendującym do prestiżowej nagrody.  W gonitwie za sukcesem Wiktor gubi sens swojej pracy, a przede wszystkim siebie i ucieka się do nieczystych zagrywek. Szantażowany przez Zuzę, ostrzącą na niego pazurki, zostawia Ankę w tchórzowski sposób w sylwestrową noc. Dziewczyna musi poukładać sobie życie na nowo, bo nic nie zapowiadało takiego obrotu spraw.

Przede wszystkim nie wiem, czy sam pomysł na książkę jest jakoś szalenie ciekawy. Ile podobnych historii już czytałam? Do tego dochodzą sztuczne i kiepsko brzmiące zdania z rzucającymi się to tu, to tam drobnymi błędami stylistycznymi, językowymi i logicznymi. Drażnią nie tylko błędy, ale i nienaturalne dialogi. Wymuszony luz narzucony wypowiedziom bohaterów kojarzy się raczej z opowiadaniami pisanymi przez nastolatki w gimnazjum niż najbardziej obiecującym debiutem roku. Książkę, owszem, czyta się dość szybko, ale ciągle coś w niej uwiera, autorka często „skacze” po tematach, tak, że nie do końca jesteśmy pewni co jest istotą danej sceny. A treść? No cóż… Ciągle zastanawia mnie, dlaczego Anka i Wiktor nie jeździli razem do pracy, mimo, że mieszkali razem i pracowali w tej samej gazecie. Nie chodzi o to, że nie chcieli afiszować się ze swoimi uczuciami, bo i tak wszyscy wiedzieli, że są parą. No, może to nieważne… Rozpraszały mnie także, nieco zbyt wyraźne, odniesienia do rzeczywistego świata- czy postać Figi nie była przypadkiem wzorowana na Dodzie, a Gloria Gray nie przypomina Violetty Villas? Poza tym miałam nadzieję, że autorka skupi się bardziej na podnoszeniu się Anki po zerwaniu, tymczasem rozstanie następuje na samym końcu, a my obserwujemy drogę Ani i Wiktora do końca ich związku. Przy takim układzie dobrze byłoby, gdyby targające chłopakiem emocje były wyraźniej pokazane, a szczerze mówiąc ja nie zauważyłam ich w ogóle. Niestety, czytając książkę, jedynie domyślamy się, że Wiktor miał wątpliwości, ale jakie? o czym konkretnie myślał? co zadecydowało? czy przestał kochać Anię? Nie wiemy.
Jedyne, co urzekło mnie w tej opowieści to romantyzm. Związek Anki i Wiktora przepełniony był drobnymi gestami, które nadawały ich życiu pewnego miłosnego czaru. Zapewne niejedna kobieta pozazdrościłaby Ani tak wrażliwego i uroczego mężczyzny. Szkoda tylko, że na końcu okazał się być zupełnie inny…
Mówiąc krótko- książka z pewnością nie jest tak świetna, jak zapewniały reklamy. Jest wręcz nijaka, nie wnosi niczego świeżego i oryginalnego. Jest trochę cukierkowa, ale w negatywnym tego słowa znaczeniu.

Przy okazji takich właśnie książek zrażam się jedynie do szumu wokół nowości. Doszło do tego, że kiedy słyszę, że na półkach pojawia się nowa pozycja, okrzyknięta jeszcze przed wydaniem najlepszą książką sezonu, z mety tracę ochotę na jej przeczytanie. Odpychają mnie też gorące rekomendacje na okładkach i inne tego typu zabiegi. Zawsze, kiedy widzę coś takiego, mam wrażenie, że książka jest na tyle słaba, że nie obroni się sama, więc spece od reklamy muszę "pomóc" jej w ten sposób...

16 paź 2012

Wendy Markham- Nie całkiem do pary

Wendy Markham- Nie całkiem do pary
Przełożyła Iwona Maura
Seria Literatura w spódnicy
Wydawnictwo Axel Springer Polska
Wydanie pierwsze
Warszawa 2005
288 stron
Czasem człowiek potrzebuje odciąć się od wszystkiego na chwilkę, na krótki moment i nic tak dobrze w tym nie pomaga jak gorąca herbata, wolna piosenka i niezmuszająca do myślenia lektura. Dlatego właśnie sięgnęłam po „Nie całkiem do pary”.
Główna bohaterka- 24-letnia Tracey Spadolini, od roku mieszkająca w Nowym Jorku, ma kochającego mężczyznę i jest szczęśliwa. Czy aby na pewno? Tracey pracuje jako sekretarka w agencji reklamowej, jest nieco otyła i zakompleksiona, a jej największe marzenie to wyjść za mąż. Chodzi z Willem już trzy lata i nadal jest w niego wpatrzona jak w obrazek. On natomiast jest aktorem,  ma atrakcyjną lokatorkę, znajomych jak z żurnala i również jest wpatrzony w siebie jak w obrazek. Will wyjeżdża na letnie występy, broniąc się jak może przed tym, żeby jego dziewczyna pojechała tam z nim, albo chociaż mogła go tam odwiedzić, czy zadzwonić. Tracey zostaje w upalnym mieście z przyjaciółmi- utrzymywaną przez rodziców Kate i homoseksualnym Raphaelem. Postanawia zmienić swoje życie, a w międzyczasie dostrzega, że jej związek z Willem jednak nie jest szczytem jej marzeń.
Już pierwsze zdanie tej książki mnie ukuło, dalej było jeszcze gorzej (nie, żebym była wojującą feministką, ale jestem za tym, że dla każdej kobiety ona sama powinna być najważniejsza). Największą ambicją głównej bohaterki jest to, aby wyjść za mąż. Tracey postrzega siebie niemal wyłącznie przez pryzmat swojego faceta i rezygnuje z siebie dla niego. Na jego punkcie ma wręcz obsesję- nie urządza swojego mieszkania, bo gorąco wierzy, że niedługo zamieszka z nim. Żyje w ciągłej niepewności i nie potrafi być tak naprawdę szczęśliwa. Cieszy się, że ma tak atrakcyjnego chłopaka, chce z nim być za wszelką cenę i nie myśli o tym, że mogłaby być szczęśliwsza z kimś innym, lub sama. Tracey wygląda na osobę, która ciągle próbuje zadowolić wszystkich (nie tylko Willa, ale i szefa, który notorycznie prosi ją o załatwianie jego prywatnych spraw), nie myśląc o sobie. Aż dziw bierze, że potrafiła wynieść się z rodzinnego domu do Nowego Jorku, mimo że jej rodzice nie są zachwyceni tym pomysłem. Ma nadwagę i jest zakompleksiona, ale wciąż oszukuje samą siebie, że nadprogramowe kilogramy odejdą w siną dal po kolejnej porcji wysokokalorycznego jedzenia. Jej własny chłopak kocha się z nią tylko, kiedy jest pod wpływem alkoholu. Mimo, że Will ciągle nieodpowiednio ją traktuję, ona nadaj jest w niego zapatrzona i liczy na to, że jeszcze im się ułoży. Żałosny to portret współczesnej kobiety. A Will? Will to egoista, od początku do końca źle traktuje Tracey. Wykorzystuje jej uwielbienie żeby poczuć się lepiej. Zdradza ją i oszukuje. Jest na tyle bezczelny, że nawet kiedy chce z nią zerwać, prosi żeby to ona przyjechała do niego. Zachowuje się jak tępy burak, a nie jak mężczyzna.
Pozytywnym akcentem jest to, że ostatecznie główna bohaterka zmienia się nie tylko fizycznie ale też wewnętrznie- nie przychodzi jej to łatwo, ale powoli obserwujemy jak z zakompleksionej dziewczyny przeobraża się w walczącą o swoje szczęście kobietę. Duży udział ma w tej przemianie Buckley- znajomy głównej bohaterki- za Backleya autorka ma u mnie dużego plusa. Kolejne trafiają się za lekki język i styl- książkę czyta się szybko i przyjemnie, z biegiem akcji staje się coraz bardziej sympatyczna, zabawna i… realistyczna. Całą historię poznajemy z punktu widzenia głównej bohaterki- to ona jest narratorem. Początkowo powieść może wydać się nieco sztywna, nie wiem, czy to przez problem z pisaniem, czy przez to, że dopiero później Tracey się zmienia i staje się bardziej swobodna.
Podsumowując- książka na pewno nie zostanie dopisana do kanonu lektur obowiązkowych, nie wnosi niczego nowego (chociaż, jeśli wczytać się w nią głębiej, można dostrzec coś wartościowego), ale jest optymistyczna i zamknęłam ją z uśmiechem na ustach.
Polecam ją wszystkim miłośniczkom romansów i niewymagających powieści obyczajowych, a także wszystkim tym, którzy akurat są w dołku.

 Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Z literą w tle"

8 paź 2012

Jakob Arjouni- Idioci



Jakob Arjouni- Idioci
Przełożyła Barbara Niedźwiedzka
Seria 80 Światów
Państwowy Instytut Wydawniczy
Wydanie pierwsze
Warszawa 2006
119 stron
Spis treści:
Idioci
Pokonany
Obrona konieczna
W Dolinie Śmierci
Happy end

 „Idioci” to zbiór pięciu współczesnych bajek dla dorosłych. Nie. Nie w przenośni. Dosłownie. Autor połączył pięć, pozornie nie mających ze sobą wiele wspólnego opowieści w całość wprowadzając do każdej historii postać… wróżki. Kolejno zjawia się ona u pięciorga bohaterów w bardzo ważnym momencie, aby spełnić ich jedno życzenie. Ale żeby nie było tak bajkowo- nie można zażyczyć sobie wszystkiego- można poprosić np. o zmywarkę do naczyń, ale już o pieniądze absolutnie nie (nie można też chcieć willi nad jeziorem, bo to za drogie życzenie), miłość, zdrowie i nieśmiertelność też są wykluczone.

Czego więc życzą sobie ludzie w dzisiejszych czasach? Nadgorliwy, krytykujący wszystkich wokół, pracownik agencji reklamowej prosi, aby idioci zrozumieli własną głupotę. Utalentowany początkujący reżyser, przechodzący załamanie nerwowe, prosi o to, by przestać się bać. Nadopiekuńcza matka chce, żeby syn w końcu dostrzegł kim ona dla niego jest. Starszy mężczyzna piszący książki, dostępne za grosze w kiosku, pragnie jak najlepiej opisać scenę, którą ma przed oczami od wielu lat, ale nie potrafi jej ująć w odpowiednie słowa. I w końcu niedowartościowany dziennikarz, który, chce, aby ktoś go docenił.

Czy jednak my wszyscy nie jesteśmy idiotami? Czy nie powinniśmy najpierw przyjrzeć się sobie? Czy strach nie jest motorem napędowym? Czy nie wymagamy od innych za wiele? A może to dla siebie jesteśmy zbyt wymagający? Kiedy jest za późno na spełnianie marzeń (i czy w ogóle jest taki moment)? Czy ludzie zawsze postrzegają nas tak, jak tego chcemy? Czy się nie oszukujemy?

Arjouni zmusza nas do refleksji nad tymi i setką innych pytań. Jak zwykle, przyczepię się jednak najpierw do okładki- mówiąc krótko- nie wiem jak się ma PIW, ale grafikowi chyba nie płacą zbyt wiele, skoro skomponował coś takiego. Rozumiem- prezent jako symbol spełnionego życzenia, ale czemu to tak wygląda? Okładka ma przyciągać, wabić, zachęcać, a nie porażać.

Kompilacja historii kilku osób to zawsze coś ciekawego, każdy znajdzie coś dla siebie i w tym przypadku też tak jest. Dużym plusem „Idiotów” jest sposób prowadzenia narracji- w każdej części jest to narracja trzecio osobowa, jednak widocznie różnią się one miedzy sobą. Jedna z historii brzmi jak opowieść snuta przez znajomego siedzącego przy barze. „Obrona konieczna” wyróżnia się niechronologicznym przedstawieniem rzeczywistości, co nadaje jej charakteru i przyciąga uwagę czytelnika. Każda z tych bajek ma coś w sobie. Wróżka wnosi dużo świeżości i nieco humoru w te, w gruncie smutne, opowieści. Baśniowa postać we współczesności to zdecydowanie oryginalny, ciekawy i sympatyczny pomysł. Ale…

Książka tak naprawdę jest nieco nudna. Pierwszą część czyta się szybko, ale z każdą kolejną jest gorzej. Trzecia, jest najgorsza, bo mimo, że niechronologiczne przedstawianie wydarzeń jest naprawdę ciekawym zabiegiem, to niestety źle przeprowadzonym. Gubiłam się kilkukrotnie i zanim dobrze zrozumiałam tę historię musiałam przeczytać ją chyba trzy razy. Autor przeplata wydarzenia tak, że w końcu nie wiemy gdzie jesteśmy, co działo się najpierw, a co potem i w ogóle w końcu po głowie obija się tylko głuche „ale o co chodzi?”. Ostatecznie, kiedy się nad nią zastanowiłam, okazało się też, że wszystkie historie możemy sprowadzić do jednego stwierdzenia- że człowiek powinien najpierw przyjrzał się samemu sobie. Arjouni częstuje nas prostymi zdaniami i nie katuje przytłaczającymi opisami, dialogi z wróżkami są na ogół lekkie i zabawne, a jednak całość jest dość ciężka. Książkę czyta się mozolnie. Nie potrafię stwierdzić jednoznacznie, co mnie w niej tak męczy, ale faktem jest, że jest to raczej książka do poduszki, niż na plażę czy długi jesienny wieczór.