25 wrz 2012

Beata Pawlikowska- Blondynka w Kambodży



Beata Pawlikowska- Blondynka w Kambodży
Seria Dzienniki z podróży
Wydawnictwo G+J RBA
Wydanie pierwsze
Warszawa 2011
93 strony
Wakacje definitywnie się skończyły. Nawet studenci zamiast leniuchować wracają na uczelnie. A ja? Ja, stęskniona za podróżami, sięgnęłam po książkę Beaty Pawlikowskiej. Bo kto może lepiej przybliżyć orientalne kraje niż znana podróżniczka, autorka książek i audycji podróżniczych?
W kolejnej książce z serii Dzienniki z podróży Beata Pawlikowska zabiera czytelników do Kambodży. Zaczyna od intrygującej sceny z wężem i dziecięcą armią na jeziorze. Lekkim słowem kreśli obraz współczesnego, ubogiego kraju w którym dzieci masowo żebrzą, gdzie piękno natury kontrastuje z biedą, nędzą i odorem psujących się ryb. Razem z Blondynką poznajemy miasto na jeziorze, odwiedzamy farmę krokodyli i dowiadujemy się jak wygląda ryż na długo przed tym, jak trafia na nasze talerze. Zwiedzamy zabytkowe, piękne i intrygujące miasto Angkor Wat, gdzie Lara Croft ratowała świat. Poza codziennym życiem ludzi z Kambodży Beata Pawlikowska przybliża nam też wstrząsającą, przerażającą i wprost niewiarygodną historię tego kraju.
„Blondynka w Kambodży” to pierwszy (i z pewnością nie ostatni) Dziennik z podróży, który przeczytałam. Opowieść Pawlikowskiej od razu mnie wciągnęła, nie tylko ze względu na orientalne przygody autorki, ale też dzięki jej bardzo lekkiemu stylowi. Książka jest napisana prostym językiem, liczne porównania nadają jej nieco zabawny i niezwykle sympatyczny ton. Blondynka pięknie maluje słowem kambodżańskie krajobrazy. Anegdoty, którymi karmi czytelników, owiane są onirycznym woalem, który nadaje im bajkowego wyrazu. Czytając sporządzone przez Pawlikowską opisy miejsc czułam się niemal tak, jakbym widziała to wszystko własnymi oczyma. Wyobraźni bardzo pomagają opublikowane w książce barwne fotografie. Są naprawdę świetne, pokazują mieszkańców Kambodży, ich codzienne życie i kulturę. Autorka za pomocą lekkiego pióra porusza ciężkie tematy- bieda, nędzne warunki, ciężka praca i śmierć. To sprawia, że ten Dziennik z podróży z pewnością nie stanowi sielskiego obrazka z orientalnych wakacji.
Pawlikowska zaskoczyła mnie wstrząsającą historią Kambodży. Przerywa opowieść o polach ryżowych, by przejść do obrazu wojny domowej. Na zaledwie kilku stronach ukazuje przerażający bezsens wojny. Pokazała ten rozdział w historii, który nie jest powszechnie znany, choć z pewnością zasługuje na taką uwagę jak historia XX-wiecznej Europy. Ofiary wojny domowej, a potem rządów Czerwonych Khmerów zasługują na taką samą pamięć, jak ofiary Wojen Światowych. Szkoda, że w polskich szkołach nie można dowiedzieć się niczego na ten temat tylko dlatego, że dotyczy to innego kontynentu…
Podsumowując, Pawlikowska bawi, uczy, wzrusza i wstrząsa, serwując na niecałych stu stronach wspaniałą lekcję historii, geografii i kultury.
P.S. Czy Wy także słyszycie w głowie głos Beaty Pawlikowskiej, kiedy czytacie jej książki?

20 wrz 2012

Tess Gerritsen- Mumia



Tess Gerritsen- Mumia
Przełożył Zbigniew Kościuk
Seria Bestsellery Literatury Sensacyjnej
Wydawnictwo Albatros
Wydanie trzecie
Warszawa 2010
398 stron
Nie ma chyba nikogo, kogo nie intrygowałyby tajemnice starożytności. Egipskie grobowce, kryjące w swoich wnętrzach mumie to coś, co w każdym wywołuje dreszcz emocji i właśnie dlatego sięgnęłam po książkę Tess Gerritsen.
Nie mogące pochwalić się zbyt wielką popularnością bostońskie Crispin Museum nagle zwraca na siebie oczy całego świata. Dzieje się tak za sprawą starożytnej mumii odnalezionej w zbiorach podupadającej placówki. Okazuje się jednak, że zmumifikowane ciało nie należy do starożytnej Egipcjanki. Zespół badaczy odkrywa, że mumia jest jak najbardziej współczesną ofiarą morderstwa. Pracownicy muzeum znajdują kolejne, spreparowane zgodnie ze starymi obrzędami, kobiece zwłoki. Jednocześnie młoda, piękna egiptolożka- Jesephine Pulcillo, która od niedawna pracuje w Crispin Museum, otrzymuje niepokojące anonimy, będące głosem demonów z przeszłości. Wkrótce zostaje porwana. Rozpoczyna się gra z czasem o jej życie. Na jaw wychodzą przerażające rodzinne tajemnice.
Kryminały ostatnio przypadły mi do gustu, a Tess Gerritsen przedstawia naprawdę bardzo ciekawą i intrygującą historię. Wątek kryminalny przyjemnie łączy z ciekawostkami archeologicznymi i psychologicznymi. Stopniuje napięcie, a całą powieść czyta się szybko i przyjemnie. Fragmenty opisujące życie prywatne bohaterów też przykuwają uwagę i z pewnością nie są typowym „zapychaczem”. Równie pozytywnie odebrałam zakończenie powieści- trudne do przewidzenia i niezwykle intrygujące sprawiło, że powieść nabrała jeszcze więcej charakteru. Dodatkowo Gerritsen zapunktowała u mnie zagęszczeniem akcji pod koniec powieści. To standardowy zabieg w większości książek, ale w „Mumii” efekt jest naprawdę zadowalający. W okolicach punktu kulminacyjnych wprost nie da się oderwać od książki.
Niestety, książka momentami wydaje się zbyt przekombinowana- kilkoro bohaterów posługuje się fałszywym nazwiskiem. Wygląda to trochę tak, jakby każdy w Stanach mógł sobie ot tak zacząć posługiwać się nieprawdziwymi danymi. Mnie to osobiście trochę rozproszyło. Dodatkowo autorka traktuje po macoszemu postać, która, jak się okazuje, odgrywa ogromną rolę w całej historii. Ledwie zaznacza jej obecność na początku, by pod koniec nagle zaskoczyć nią czytelnika. Niestety, odniosłam przez to wrażenie, jakby Gerritsen pisała zupełnie spontanicznie (oczywiście nie uważam, żeby to była wielka wada), jakby powieść nie była do końca przemyślana i dopracowana.  Dodatkowo, Tess Gerritsen niestety dość zdawkowo opisuje rodzinne dramaty- szkoda, że nie rozwinęła opowieści o młodości Jimmy’ego Otto i Bradleya Rose. No i zakończenie- mimo, że naprawdę ekscytujące, to jednak taka wersja szczęśliwego zakończenia wydaje mi się nieco zbyt hollywoodzka.
Podsumowując, pomysł naprawdę ciekawy, bohaterowie żywi (no, jednak nie wszyscy), akcja wartka i wciągająca. Ale mimo wszystko coś w tej powieści sprawia, że ja, jako czytelnik, nie jestem do końca usatysfakcjonowana.

Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Syndykat zbrodni w Bibliotece"

17 wrz 2012

Guadalupe Loaeza- Kupuję, więc jestem



Guadalupe Loaeza- Kupuję, więc jestem
Przełożyła Elżbieta Komarnicka
Wydawnictwo Libros
Wydanie pierwsze
Warszawa 2002
189 stron
 Sięgając po „Kupuję, więc jestem”, z tak infantylną okładką, spodziewałam się lekkiej, może zabawnej opowiastki o jakiejś zakupoholiczce, która w końcu odmienia swoje życie. Pomyliłam się, a to, co znalazłam w środku nieco zbiło mnie z tropu, nijak nie dając się sklasyfikować.
Guadalupe Loaeza opisuje codzienne życie meksykańskich wyższych sfer.  Na przykładzie trzech głównych bohaterek i ich rodzin charakteryzuje ludzi bogatych. Pokazuje ich snobistyczne podróże, zakupy w najdroższych sklepach, wystawne przyjęcia wydawane tylko po to, by pokazać się przed znajomymi. Dla tych ludzi zakupy, wydawanie, posiadanie jest sensem życia. Ale czy pieniądze dają szczęście? Na pozór szczęśliwi ludzie, mający wszystko, czego zapragną, szukają ukojenia w ramionach innych. Małżonkowie zdradzają się wzajemnie, udając, że wszystko jest w porządku, a ich życie jest tak idealne, jak ich rezydencje. Nasuwa się jednak pytanie- czy ludzie, którzy mają wszystko mają osobowość? Loaeza krytykuje konsumpcyjne społeczeństwo, dla którego „mieć” jest ważniejsze niż „być”, dla którego liczy się tylko majątek i pozycja społeczna. Mimo, że mają możliwości żeby poznawać świat i kulturę, oni są zainteresowani tylko zakupami. Galerie sztuki odwiedzają tylko po to, żeby móc zabłysnąć w towarzystwie, w rzeczywistości zaś o wiele bardziej pociągają ich galerie handlowe. To zmanierowani egoiści, hipokryci i ignoranci, wychowujący swoje dzieci na własne podobieństwo. Ich pociechy są młodszą wersją rodziców, z tym, że przedstawiciele młodego pokolenia są jeszcze większymi materialistami, ponieważ nie zaznali, choćby przez chwilę, innego życia niż to w przepychu, a bieda jest dla nich pojęciem abstrakcyjnym.
„Kupuję, więc jestem” trudno mi porównać do jakiejkolwiek innej książki. To powieść obyczajowa, z mieszaną narracją, komentarze dotyczące różnych form konsumpcji nadają jej oryginalnego, nieco ciekawszego charakteru.  Loaeza obrazuje życie w przepychu i w poczuciu, że nie trzeba martwić się o koszty- temat frapujący, bohaterowie dobrze oddają atmosferę, ale… Książka nie zachwyca. Bohaterowie irytują swoją głupotą, hipokryzją i ignorancją. Domyślam się, że taki był zamysł, ale to bardzo męczy. W ogóle cała powieść jest dość ciężka- te niecałe dwieście stron zazwyczaj pochłaniam w jeden, góra dwa wieczory, a tym razem ślęczyłam nad książką kilka dni. Powieść jest tak skonstruowana, że w zasadzie nie poznajemy żadnej konkretnej historii- autorka przedstawia jedynie kilka anegdot. Mają one przybliżyć codzienne życie wyższych sfer, ale tak naprawdę nie wnoszą niczego nowego, nie mówią nic, czego byśmy nie wiedzieli. Brak określonej fabuły  i pointy sprawia, że ta książka jest wręcz nijaka i z pewnością nie zapadnie na dłużej w mojej pamięci. Przez jakiś czas pozostawi po sobie jedynie gorzki posmak i myśl, że jednak szkoda było czasu.

10 wrz 2012

Christian Signol- W tym życiu albo w przyszłym

Christian Signol- W tym życiu albo w przyszłym

Przełożyła Ewa Cieplińska
Wydawnictwo Świat Książki
Wydanie pierwsze
Warszawa 2006
206 stron

Tę niewielkich rozmiarów, niepozorną książką o różowawej okładce dostałam na urodziny, jednak dość długo stała niemal nietknięta na mojej półce. Szczerze mówiąc, zniechęciły mnie już pierwsze (dość ciężkie) akapity, na które rzuciłam okiem i odstawiłam książkę na półkę, by dopiero po około pół roku później sobie o niej przypomnieć. Lepiej późno niż wcale...
Christian Signol, współczesny francuski pisarz przeplata wydarzenia współczesne ze wspomnieniami, by przedstawić czytelnikom historię życia Blanche- emerytowanej nauczycielki. Główna bohaterka od najmłodszych lat wie czego chce i walczy o swoje marzenia. Okrutny los dość wcześnie pozbawia ją rodziców, ale paradoksalnie to właśnie ta tragedia pozwala jej na zrealizowanie marzeń. Blanche zostaje nauczycielką i jako młodziutka kobieta poznaje Juliena, a wraz z nim prawdziwą miłość. Miłość, która trwa przez całe życie, mimo okrucieństwa wojny i ogromu cierpień. Taką, która nie kończy się wraz z odejściem ukochanej osoby. Miłość do Juliena sprawia, że Blanche robi wszystko, aby przeżyć wojnę. Myśl o wspólnej przyszłości każe jej iść naprzód, dlatego kiedy dowiaduje się, że jej ukochany zginął jest bliska śmierci. Powoli jednak wraca do normalnego życia, do pracy. Wychodzi za mąż, ale nie z prawdziwej miłości- bo czy można naprawdę kochać więcej niż jeden raz? Blanche przeżywa chwile szczęścia i zaznaje macierzyństwa, a w końcu przychodzi starość trzymając za rękę samotność. Signol dobitnie uświadamia czytelnikowi, że w dzisiejszych czasach, kiedy człowiek jest wiecznie zabiegany, nawet dla najbliższych ludzie starzy są balastem, a ich odwiedzanie traktowane jest jako przykry obowiązek. Gdyby tak nie było, to czy Eveline naprawdę nie znalazła by tyle czasu, by móc odwiedzać matkę? Albo czy nie mogłaby zrezygnować z wygodnego życia w wielkim mieście i znaleźć pracy bliżej? Czy praca nie jest tylko sprytną i wygodną wymówką?
„W tym życiu albo w przyszłym” porusza niezwykle ważne kwestie. To opowieść o sile charakteru, miłości, wojnie, poszukiwaniu szczęścia, ale przede wszystkim o nadziei. Ta powieść wywarła na mnie ogromny wpływ. Dogłębnie mnie poruszyła, tak, że kiedy przeczytałam ją po raz pierwszy przez długie tygodnie nie mogłam o niej zapomnieć. Miłość jaką przedstawia Signol jest dla mnie przykładem uczucia prawdziwego i doskonałego. To więź, której fundamentem nie jest pożądanie i romans, ale zaufanie, szacunek, zrozumienie, troska i pewien rodzaj przyjaźni. Uczucie, które po pięćdziesięciu latach tkwi w sercu kobiety w czystej, niezmienionej formie. To właśnie siedemdziesięcioletnia kobieta co dzień tęskniąca za ukochanym mężczyzną jest dla mnie prawdziwym obrazem miłości. Kto nie chciałby przeżyć czegoś takiego?
Temat wojny Signol porusza jakby niewymuszenie. Niewątpliwie powieść ukazuje realia II wojny światowej, pokazuje jej okrucieństwo i bezsens, ale nie jest to książka o wojnie. Obozowa rzeczywistość jest tylko tłem. Autor nie narzuca patosu wojny, pokazuje ją jako element w układance życia głównej bohaterki. Akcentuje temat wojny, rozważa jej sens, ale robi to w sposób wyważony, tak, że ma się wrażenie, że wojna nie jest tu najważniejsza. Bardzo podoba mi się takie podejście.
Najbardziej jednak wzruszyło mnie to, że ta powieść tak dobitnie pokazuje historię kobiety, która przechodzi piekło w nadziei, że po wszystkim ułoży sobie życie z mężczyzną, którego kocha, jednak musi zderzyć się z ponurą rzeczywistością- ona nie ma do kogo wrócić. To przerażające i wstrząsające.
„W tym życiu albo w przyszłym” to niepozorna książka o niewielkich rozmiarach i wielkim przesłaniu. Niestety, nie należy do lekkich powieści, czyta się ją mozolnie, a niektóre fragmenty są naprawdę męczące. Łzy wzruszenia napływające do oczu też raczej lektury nie ułatwiają, jednak mimo wszystko warto przebrnąć przez te 206 stron i poznać tę poruszającą historię.

Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Wojna i... literatura"

4 wrz 2012

Bridget Asher- Pożyczona miłość


Bridget Asher- Pożyczona miłość
Przełożyła Martyna Tomczak
Wydawnictwo Otwarte
Wydanie pierwsze
Kraków 2009
270 stron

Nie jestem wielką fanką romansów, a właśnie za zwyczajne romansidło podejrzewałam Bridget Asher po zobaczeniu tytułu (i okładki) tej książki. Szczerze mówiąc, pewnie nigdy nie sięgnęłabym po „Pożyczoną miłość”, gdyby nie to, że dostałam ją w prezencie i jako typowy mól książkowy nie mogłam się oprzeć stojącej na półce, nieprzeczytanej książce. Trochę to nieładnie z mojej strony, bowiem jak powszechnie wiadomo nie ocenia się książki po okładce, ale czyż okładka nie powinna być wizytówką książki? W tym przypadku okładka i treść nijak mają się do siebie.
Gwen- młoda mężatka przypadkiem spotyka swoją miłość z czasów studenckich- Elliota Hulla. Niesamowity splot wydarzeń sprawia, że nasza bohaterka postanawia przez jakiś czas udawać małżonkę byłego kochanka (do czego gorąco zachęca ją jej prawdziwy mąż). Brzmi jak lekka komedia pomyłek? Nic z tego- Gwen wkrótce przekonuje się, że jej dotychczasowe życie nie jest spełnieniem jej marzeń. Do tego dochodzi przykre dzieciństwo bez matki, zdrada i śmiertelna choroba.
Bridget Asher ma lekkie pióro, dzięki czemu jej powieść czyta się dość szybko. Obiecujący, nieco intrygujący wstęp sugeruje lekką, nieskomplikowaną opowiastkę, jednak to tylko pozory- dalsza część utrzymana jest już w innej tonacji. I to chyba na tyle, jeśli chodzi o plusy.
Od początku Bridget mówi niemal wyłącznie o swojej matce, jedna jej przyjaciółka o tym, że ma dość facetów, a druga, że ma męża głupka. Niezmiernie drażni to przypisanie bohaterom określonych tematów, które wciąż drążą. Przypomina mi to znajomą, która wiecznie mówi „Boże, spójrz, ale jestem gruba”, pytasz która godzina, a ona: „och, mój tłuszcz przesłania ci zegar? No tak, jestem taka gruba…” i tak w kółko. Ile można? Kolejnym słabym punktem jest natężenie trudnych tematów. Na dwustu siedemdziesięciu stronach Asher omawia wpływ dzieciństwa bez matki na młodą kobietę, relacje samotnego ojca z córką, brak spełnienia w małżeństwie, zmagania ze śmiertelną chorobą, zdradę i jeszcze kilka. Nie jest błędem poruszanie trudnych tematów, ale czy można dobrze rozwinąć tak zagęszczone wątki nie czyniąc ich błahymi?
Konkurs na najbardziej irytującego bohatera „Pożyczonej miłości” wgrywa mąż Gwen- Peter zachowuje się jak rozpieszczony nastolatek, jest zapatrzony w siebie i na pewno nie wie co to empatia i prawdziwa miłość. Swoją drogą, Gwen chyba też nie. Gwen i Elliot na pewno nie stanowią przykładu dojrzałej miłości. Na studiach mieli burzliwy, aż trzytygodniowy (tak, tak 3 tygodniowy) romans, który po latach sprawia, że po spędzonym wspólnie tygodniu Gwen odchodzi od męża. Nie wiem jak inne kobiety, ale jeśli tak właśnie wygląda prawdziwa, głęboka miłość, to ja podziękuję. ..
Pomysł na „Pożyczoną miłość” był całkiem niezły, ale coś tu chyba nie wypaliło. Powieść, wbrew rekomendacji Emily Griffin, nie olśniewa i z pewnością nie jest jedną z tych, które zapadają w pamięć. Ot, książka do popołudniowej herbatki.