28 gru 2012

Jean-Michel Cohen- Klinika cudów (lekka powieść o dietach)

Jean-Michel Cohen- Klinika cudów
lekka powieść o dietach
Przełożyła Ewa Cieplińska
Wydawnictwo Świat Książki
Wydanie pierwsze
Warszawa 2009
362 strony
"Klinika cudów" to powieść, której akcja toczy się wokół paryskiej kliniki zaburzeń odżywiania.Dietetyk Mathieu Sorin ma pod swoją opieką między innymi córkę ministra zdrowia- anorektyczkę Sarah, cierpiącą na bulimię Emilie, znanego projektanta Ralpha, który chce zrzucić kilka zbędnych kilogramów, oraz Liliane- która obsesyjnie się objada i patologicznie otyłą Delphine. Sorin, który jest przekonany, że u podstaw każdej choroby związanej z odżywianiem leżą problemy osobiste, leczy nie tylko ciało, ale też zranioną duszę.

Lubię powieści, których autorzy dzięki doświadczeniu doskonale wiedzą o czym piszą. Zwykle nadaje to ich książkom realizmu i lekkości, jednak mam nadzieję, że Cohen jest lepszym lekarzem niż pisarzem. Tematyka wdała mi się bardzo interesująca, ale w ostatecznym rozrachunku praktycznie do wszystkiego mam zastrzeżenia. Ciężkie pióro i wymuszone, nienaturalne, płytkie i bezsensowne dialogi zniechęcają Czytelnika i sprawiają, że książkę czyta się niezwykle opornie. Sylwetki bohaterów, które prawdopodobnie miały prezentować cały przekrój społeczeństwa, są szablonowe i tak naprawdę niewiele różnią się od siebie- dwie młode dziewczyny z dobrych domów, które czują niedosyt miłości rodzicielskiej borykają się z chorobliwym odchudzaniem, a dwie dorosłe kobiety, które nie czują miłości dzieci mają problem z otyłością- przez takie pogrupowanie postaci cały czas miałam problem z ich rozróżnieniem. Ponadto, wszyscy bohaterowie wydali mi się nienaturalni, płytcy, nudni, wyidealizowani. Dzięki wspaniałemu doktorowi Sorinowi szybko wychodzą na prostą i rozwiązują wszystkie życiowe problemy. Anorektyczka, której rano zatrzymuje się serce jeszcze tego samego dnia robi dziką awanturę swojemu ojcu i ucieka po schodach przeciwpożarowych z pielęgniarzem do jego kawalerki i je twarożek i makaron. Faktycznie musi to być klinika cudów, skoro mają tam miejsca takie wydarzenia...

Do tej "lekkiej powieści o dietach" jak zapewnia nas autor, przymierzałam się już dwa razy i w obu przypadkach nie dotarłam nawet do połowy. Nawet ciekawość rozwoju romansu pacjentki i pielęgniarza oraz tajemnic podopiecznych Sorina nie zdołała zachęcić mnie do przeczytania całości. Wplecione w treść książki przykładowe diety zdały się na nic- zwykle takie dodatki zachęcają mnie do czytania, ale tym razem stwierdziłam, że nie warto. Jedyne, co byłam w stanie przeczytać były karty pacjentów dołączone na końcu książki.

"Klinika cudów" miała lekkością wyleczyć z nudy, nudą przyprawiła o ciężką niestrawność. Pozostaje odstawić tę książkę na półkę jako doskonały podręcznik dla początkujących pisarzy z przykładem jak nie pisać. Jeśli Cohen z takim skutkiem leczy swoich pacjentów, z jakim pisze powieści, to współczuję wszystkim jego podopiecznym.

Swoją drogą, już prawie zapomniałam o zakładce "Na makulaturę"...


Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Z literą w tle"


"Klinikę cudów" znajdziecie w Gandalfie:

27 gru 2012

Romana Chojnacka- Zdrowa kuchnia domowa

Romana Chojnacka- Zdrowa kuchnia domowa
Wydawnictwo Publicat
Wydanie pierwsze
Poznań 2006
217 stron
Romana Chojnacka specjalizuje się w zakresie żywienia człowieka i technologii żywności. Wykłada na uczelniach i jest autorką publikacji popularnonaukowych o tematyce żywieniowej. W książce kucharskiej "Zdrowa kuchnia domowa" Chojnacka przedstawia nam dwieście przepisów na pyszne domowe dania a także informacje na temat zdrowego żywienia.

Na początku książki umieszczono wygodny i przejrzysty spis treści z podziałem na kategorie przepisów. Następnie Chojnacka częstuje nas krótkim wstępem, w którym w skrócie omawia podstawy zasad zdrowego żywienia oraz omawia poszczególne składniki odżywcze. Wstęp zawiera także przelicznik masy produktów na szklanki, łyżki i łyżeczki oraz tabelę wartości odżywczych różnych gatunków pieczywa. Każdy dział ja jakie podzielone są przepisy opatrzony jest krótkim opisem, a każdy przepis opatrzony jest apetycznym zdjęciem, szacunkowym czasem przygotowania potrawy, listą składników oraz informacjami o wartości odżywczej w jednej porcji. Dodatkowo autorka załącza notkę o wpływie każdego dania na organizm, a przy niektórych przepisach proponuje alternatywne składniki i wersje potraw. Książkę kończy indeks przepisów i miejsce na notatki.

 Wypróbowałam już kilka z zamieszczonych przepisów i mimo, że na pewno nie jestem mistrzynią kuchni, przygotowanie wybranych dań okazało się łatwe, a efekt, mimo, że jestem kulinarnie wybredna, był naprawdę dobry. Szczególnie przypadły mi do gustu placki ziemniaczane przepisu Chojnackiej, jednak największy entuzjazm wzbudza we mnie przepis na zupę "nic", którą pamiętam jeszcze z przedszkola.

Przepisy rozpisane są na kolejne punkty, które są zrozumiałe dzięki prostemu i jasnemu przekazowi. Opis przygotowania potraw zrozumie każdy, nawet najmniej doświadczony laik. Zamieszczone zdjęcia są kuszące, kolorowe i zachęcają do gotowania, a lakierowany papier chroni książkę przed zniszczeniem w ferworze kuchennych walk.

Tę książkę kucharską polecam wszystkim miłośnikom zdrowej kuchni, jak również tym, którzy chcą zacząć odżywiać się świadomie. Pozycja na pewno ułatwi pracę zwłaszcza początkującym kucharzom.



Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Z literą w tle"


Na "Zdrową kuchnię domową" zapraszam do Gandalfa:

20 gru 2012

Łukasz Grass- Trzy mądre małpy

Łukasz Grass- Trzy mądre małpy
Czyta Bartłomiej Topa
Wydawnictwo Ateria
Warszawa 2012
285 minut
"Trzy mądre małpy" w formie audiobooka miały premierę 26 listopada. Jest to pierwszy tytuł z cyklu „Audiobiblioteki sportowca " i można śmiało powiedzieć, że jest to pierwszy sportowy audiobook w Polsce!
Została również stworzona specjalna strona internetowa dla „Audiobiblioteki sportowca”: www.audiotrening.pl

Szczerze mówiąc, gdyby nie współpraca z Audeo nie sięgnęłabym po tę pozycję. Nie darzę sympatią małp, nie interesuję się sportem ani polityką (a z tą kojarzą mi się dziennikarze), a w dodatku okładka w ogóle mi się nie podoba. Jednak pod wpływem impulsu przystałam na propozycję zrecenzowania "Trzech mądrych małp" mówiąc sobie "ok. Czemu nie?". I bardzo się cieszę, bo inaczej ominęłaby mnie spora dawka entuzjazmu.

"Trzy mądre małpy" to pamiętnik Łukasza Grassa- polskiego dziennikarza sportowego. Opowiada on o swoim życiu- dzieciństwie, pracy, kryzysie i wreszcie o swoim antidotum na spadek formy- sporcie. Autor, wypalający się zawodowo dziennikarz, podporządkowujący całe swoje życie pracy, nagle uświadamia sobie, że zmierza w niewłaściwą stronę i zaczyna uprawiać triathlon. Grass zwierza się Czytelnikom jak dzięki aktywności fizycznej uporządkowuje swoje życie zawodowe i prywatne.

Mimo, że nie interesuję się sportem, bardzo lubię jeździć rowerem. Być może to właśnie dlatego tak bardzo wciągnęłam się w opowieść Grassa. Nie jest to książka wyłącznie o sporcie. To powieść o tym, jak zmienić swoje życie, poświęcając trochę marnowanego w istocie czasu. Autor nie wymądrza się, nie uważa się za specjalistę, jest pokorny, wyrozumiały, szczery i wzbudza ogromną sympatię. Słuchając jego pamiętnika czułam, że naprawdę kocha to, co robi, dzięki czemu jego entuzjazm udzielał się również mnie. Przez Grassa naszła mnie taka ochota na jazdę rowerem, że nawet śni mi się to po nocach. Mimo, że w książce przedstawione są nie tylko pozytywne strony aktywności, a Grass lojalnie opowiada też o minusach sportu, to i tak ma się ochotę od razu wyjść z domu i zacząć trenować. Plastyczny język, jakim posługuje się Grass sprawia, że słuchając o jego sportowych zmaganiach niemal czuje się ból w mięśniach, jaki odczuwa się na treningu. Ale tak jak już wspomniałam, "Trzy mądre małpy" nie mówią tylko o sporcie. To książka także o tym, jak ważne jest, aby zachować w życiu równowagę, robić coś tylko dla siebie i pozwolić sobie na oderwanie się od obowiązków. Grass bez patosu i wymądrzania się pokazuje, że w czasach pędu za karierą i pieniądzem, w wyścigu szczurów trzeba zwolnić i odszukać tego, kim się jest. To, co było dla mnie miłym zaskoczeniem, to także to, że w książce niemal wcale nie występowały specjalistyczne określenia. Było ich naprawdę niewiele, a jeśli się pojawiły Autor wyjaśniał ich znaczenie, co znacznie ułatwiało odbiór. Także lektor jest dobrze dobrany. Jego łagodny, ciepły i spokojny głos umilał słuchanie, nie rozpraszał i pozwalał skupić się na treści powieści.

Podsumowując, książkę słucha się bez problemów. Jej język jest prosty i zrozumiały, a treść ciekawa, wciągająca i niezwykle motywująca do pracy. Polecam wszystkim, bo tak naprawdę książka nie ma określonej grupy odbiorców.


Za możliwość wysłuchania "Trzech mądrych małp" dziękuję Audeo:



Papierowe "Trzy mądre małpy" znajdziesz w Gandalfie:

16 gru 2012

Julie Gregory- Mama kazała mi chorować

Julie Gregory- Mama kazała mi chorować
Przełożyła Karolina Bober
Seria Skrzywdzone
Wydawnictwo Amber
Wydanie trzecie
Warszawa 2012
287 stron
„Mama kazała mi chorować” to niezwykle szczera spowiedź kobiety, która padła ofiarą własnej matki cierpiącej na zastępczy zespół Münchhausena. Osoba z tym zespołem wymyśla lub wywołuje dolegliwości fizyczne i psychiczne u osób, którymi się opiekuje. Doprowadza tym samym często do przeprowadzania skomplikowanych badań, zabiegów i operacji swoich podopiecznych. To niezwykły sposób maltretowania swoich bliskich, trudny do wykrycia sprawia, że latami cierpi cała rodzina.

Powieść to autentyczny pamiętnik Julie Gregory. Jak większość ludzi, nie miałam pojęcia o zespole Münchhausena zanim sięgnęłam po tę książkę. Autorka opisuje dzieciństwo spędzone w gabinetach lekarzy, lata terroru i krzywdzenia przez ludzi, którzy byli jej najbliżsi. Julie Gregory musiała zmagać się z konsekwencjami doznanych krzywd na długo po tym jak udało jej się uwolnić spod „opieki”  rodziców. „Mama kazała mi chorować” porusza poważny problem, o którego istnieniu wie zbyt niewielu.  To chyba najbardziej wstrząsający, wzruszający, oburzający i emocjonujący pamiętnik jaki kiedykolwiek czytałam. Całą powieść po głowie tłukło mi się jedno pytanie- jak można?

Autorka jest szczera i prostolinijna co w połączeniu z nieskomplikowanym językiem sprawia, że książkę czyta się ekspresowo. Dużym plusem jest opatrzenie książki fragmentami karty pacjenta Julie Gregory oraz zdjęciami z jej prywatnego albumu- gdyby nie to, nie raz poddawałabym w wątpliwość realizm tej historii. Bo przecież jakim trzeba być potworem, żeby robić coś takiego własnej rodzinie? Bowiem „Mama kazała mi chorować” to opis nie tylko cierpień jednej dziewczyny, ale też dramat całej rodziny. Rodzice autorki wychowywali nie tylko Julie i jej brata, ale też gromadkę przybranych dzieci jako rodzina zastępcza, ponadto „opiekowali” się weteranami wojennymi. Książka zmusza do refleksji nie tylko na temat chorób psychicznych, ich przyczyn i następstw, ale też nad opieką społeczną i kontrolą rodzin zastępczych.

Trudno mi pisać o tej książce, bo co można powiedzieć na taki temat? Pewna jestem tylko tego, że z pewnością nie można go przemilczeć, dlatego polecam wszystkim tę powieść. To jedna z tych lektur, które bezapelacyjnie trzeba przeczytać.






Po "Mama kazała mi chorować" zapraszam do Gandalfa:

11 gru 2012

Erin Morgenstern- Cyrk nocy

Erin Morgenstern- Cyrk nocy
Przełożył Patryk Gołębiowski
Czyta Maria Peszek
Wydawnictwo Świat Książki
Warszawa 2012
 908 minut
Chyba nie muszę wyjaśniać dlaczego sięgnęłam po tę powieść. Magiczna okładka, intrygujące opisy wydawców i przychylne recenzje Czytelników nie pozwoliły przejść obok "Cyrku nocy" obojętnie.

Powieść opisuje Le Cirque des Reves- Cyrk snów, który otwarty jest wyłącznie nocą, a ludzie w nim pracujący, to nie mistrzowie ułudy, a prawdziwi magicy. Cyrk jednak powstał nie dla rozrywki mas, a po to, by stworzyć arenę dla niezwykłego pojedynku dwojga młodych, utalentowanych magików- Celii i Marka. Szkoleni przez swoich despotycznych mentorów wiedzą jedynie, że biorą udział w grze, nie są jednak do końca świadomi jej reguł oraz tego, że zwycięzca może być tylko jeden. Przeciwnicy ulegają namiętności, a ich miłość wywołuje nieoczekiwane skutki. Jednocześnie śledzimy losy Baileya- chłopca oczarowanego Cyrkiem, który spełnia swoje marzenie.

Autorka na początku każdego rozdziału podaje czas i miejsce akcji, co okazuje się świetnym zabiegiem- cały czas wiemy gdzie i kiedy jesteśmy, chociaż w wersji audio śledzenie tego jest dość trudne. Powieść jest intrygująca i magiczna, tak jak opisy Cyrku. Akcja toczy się leniwie, ale tylko momentami jest to nieco nużące, w większości zaś nadaje swoistego nastroju całej historii. Bohaterowie są nieco oniryczni, ale żywi i dynamiczni, większość wzbudza sympatię, a czarne charaktery mieszankę lęku, niechęci i odrazy. Krótko mówiąc- postaci nie pozwalają przejść obok siebie obojętnie, każdy Czytelnik znajdzie w Cyrku kogoś, z kim mógłby się identyfikować. Poszczególne wątki są wyważone i skompilowane tak, że żaden z nich nie nudzi, a tylko zachęca do zagłębiania się w powieść. Romans głównych bohaterów nie wysuwa się nachalnie na pierwszy plan, dzięki czemu powieść nie przeistacza się w typowe romansidło.

Jedyne, do czego mogę się przyczepić to dość "nagłe", jakby nieco niedopracowane zakończenie powieści. Nie wiem jak inaczej mogłaby kończyć się ta historia, ale jednak liczyłam na coś innego.

Jeśli chodzi o wydanie, to Maria Peszek sprawdziła się świetnie jako lektor tej powieści. Jej głos, spokojny, stonowany, oniryczny, genialnie oddaje nastrój "Cyrku Nocy". Momentami jednak ton Peszek przypominał mi ten, którym Krystyna Czubówna czyta teksty do programów przyrodniczych, co niezwykle mnie rozpraszało. Aczkolwiek w większej mierze lektorka ułatwia wczucie się w powieść i pozwala dać się oczarować magią Cyrku.

"Cyrk Nocy" polecam wszystkim, którzy chcą oderwać się od rzeczywistości. Pogrążyć się w magicznej, nastrojowej lekturze, odpłynąć w świat marzeń i magii. Mi osobiście genialnie umilała czas podczas jazdy samochodem i pozwalała odprężyć się po ciężkim dniu.


Za bilet do "Cyrku Nocy" dziękuję Audeo:



"Cyrk Nocy" w wersji papierowej wyczaruje Gandalf:

5 gru 2012

Mehran Marsha- Zupa z granatów

Mehran Marsha- Zupa z granatów
Przełożyła Jolanta Kozak
Seria z miotłą
Wydawnictwo W.A.B.
Wydanie pierwsze
Warszawa 2006
296 stron
Po tę książkę sięgnęłam przypadkowo, licząc na to, że Seria z miotłą będzie podobna od serii Literatura w spódnicy, bo właśnie naszła mnie ochota na coś lekkiego i może nawet lekko ogłupiającego. Cóż... Jak zwykle nie trafiłam.
 "Zupa z granatów" to historia trzech pięknych sióstr Amnipour, które uciekają z ogarniętego rewolucją Iranu. Los rzuca je do niewielkiego miasteczka w Irlandii, gdzie otwierają własną restaurację z orientalną kuchnią. Główne bohaterki mają niezwykłe kulinarne talenty. Jednak nie zawsze sprawdza się powiedzenie "przez żołądek do serca" i siostry będą musiały zmierzyć się z problemem jakim jest małomiasteczkowa nietolerancja.

Muszę przyznać, że już sama okładka mnie uwiodła. Jest fascynująca i przyciąga oko. Sama powieść jest jeszcze lepsza- prosty język i lekkie pióro sprawiają, że powieść czyta się szybko i łatwo. Główne bohaterki wzbudzają sympatię (z resztą, nie tylko główne postaci), a opisywane dania przyprawiają o ślinotok. Wielkim plusem są autentyczne przepisy na dania irańskiej kuchni. Cała powieść jest napisana tak, że aż chciałoby się wyruszyć do Irlandii i udać się na obiad do knajpki sióstr Amnipour. Wielkie brawa dla autorki, której "Zupa z granatów" jest debiutem literackim. Miłego, nieco bajkowego akcentu i interesującego kontrastu dla irlandzkiej (nie)pogody nadaje powieści rola przypraw, aromatów i smaków. Autorka przypisuje im wielką moc, co czasem wydaje się solidnie przekoloryzowane, jednak ostatecznie we mnie wzbudziło pozytywne reakcje.

Jedyne, co przeszkadzało mi w powieści jest jej przekoloryzowanie- główne bohaterki mają za sobą naprawdę bolesną i trudną przeszłość, która dopada je także w Irlandii, jednak wszystko i tak układa im się nad wyraz pomyślnie i gładko. Jak dla mnie trochę za bardzo to ugładzone, ale zapiszę "Zupę z granatów" w poczet współczesnych baśni, co załagodzi kiepskie wrażenie.

Polecam wszystkim miłośnikom kulinariów w literaturze, a także fanom lekkiej, przyjemnej, aromatycznej i klimatycznej lektury.



Na "Zupę z granatów" zapraszam do Gandalfa:

28 lis 2012

Artur Conan Doyle- Pies Baskervillów



Artur Conan Doyle- Pies Baskervillów
Przełożyła Bronisława Neufeldówna
Czyta Jakub Sender
Wydawnictwo Aleksandria
Warszawa 2012
381 minut
Sir Sherlock Holmes jest chyba najbardziej znanym detektywem na świecie, jednak jak dotąd nigdy nie zebrałam się do tego, by się z nim spotkać. Książka „Pies Baskervillów” kusiła mnie od kiedy w gimnazjum zerkałam na biblioteczną półkę oznaczonych literą „D”, ale sama nie wiem dlaczego nigdy po nią nie sięgnęłam. Jednak przeznaczenie nie śpi i książka w formie audio trafiła do mnie dzięki wortalowi Granice.pl
Do Holmesa zgłasza się doktor Mortimer, który opowiada o śmierci swego przyjaciela w wyjątkowych okolicznościach oraz o przerażającej legendzie związanej z rodem tegoż znajomego. Holmes i Watson mają do rozwiązania niezwykle trudną zagadkę. Ale wyjaśnienie okoliczności śmierci jednego Baskervilla to nie jedyne zadanie postawione przed detektywami. Zło czai się na kolejnego członka rodu. Holmes musi wskazać mordercę nim ten znów zaatakuje.
Narracja prowadzona przez doktora Watsona pozwala na ukrycie przed Czytelnikiem pewnych ważnych aspektów sprawy, o których w takim układzie dowiadujemy się od Holmesa pod koniec powieści, co niewątpliwie działa na korzyść dzieła. Podobnie z resztą jak pojawiające się wątki poboczne oraz niejasności. Akcja rozgrywająca się w XIX w. w angielskim hrabstwie Devon nadaje klimatu całej historii.  Zagadka jest intrygująca, a cała sprawa bardzo frapująca, postaci natomiast żywe i świetnie sportretowane. Wprowadzone opisy miejsc, osób i sytuacji są jasne, przejrzyste i skonstruowane tak, że niemal widzi się przedmiot opisu. „Pies Baskervillów” trzyma w napięciu i wywołuje zaciekawienie, jednak nie do tego stopnia, aby nie można było oderwać się od powieści.
Jako, że nie czytałam, a słuchałam „Psa Baskervillów”, trudno mi się wypowiedzieć na temat pióra Doyla, jednak nie żałuję, że właśnie w takiej a nie innej formie mogłam poznać tę historię. Miękki, ciepły głos lektora pozwalał mi wczuć się w klimat powieści. Naturalny ton nadawał realizmu całości i byłam mile zaskoczona brakiem teatralnej modulacji głosu. Jedyne zastrzeżenie jakie mam, to takie, że gdybym czytała tę powieść, na pewno fragmenty czytałabym o wiele szybciej, by jak najszybciej poznać kolejne wydarzenia. Niestety, słuchanie audiobooka wymaga niejednokrotnie cierpliwości od Czytelnika- Słuchacza, jednak nie uważam tego jednoznacznie jako wadę. Nie wywołuje to bowiem znużenia czy irytacji, a miłe zniecierpliwienie, chęć wysłuchania nagrania do końca. Dla mnie miłym zaskoczeniem było również tłumaczenie większości nazw na polskie. Jest to szczegół, do którego zwykle przywiązuję wagę.
Jedynym minusem powieści było dla mnie jej zakończenie. Co prawda może nie dało się przewidzieć zupełnie, jednak od początku byłam pewna części rozwiązania, zagadką było dla mnie jednie „kto?” oraz kilka szczegółów z tym związanych. Nie jest to jednak aż tak wielka wada, bowiem nie pozbawiła mnie przyjemności słuchania tej historii.
Podsumowując „Pies Baskervillów” to  powieść ciekawa i intrygująca, nie będąca może najlepszym kryminałem, jednak bez wątpienia wyróżniającym się. Polecam wszystkim miłośnikom zagadek i tajemnic oraz tym, którzy lubią pobawić się w detektywów. 


Przyjemność słuchania zawdzięczam Audeo.pl:


W formie tradycyjnej znajdziesz w Gandalfie:


Recenzja widnieje w Bazie recenzji Syndykatu Zbrodni w Bibliotece:

23 lis 2012

Teresa Lubkiewicz-Urbanowicz- Babskie nasienie

Teresa Lubkiewicz-Urbanowicz- Babskie nasienie
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Wydanie pierwsze
Warszawa 2005
213 stron
 


 Na tę książkę trafiłam przypadkiem, ot sięgnęłam po nią w pośpiechu i pognałam do domu (w podobnym pośpiechu piszę dzisiejszą recenzję, więc będzie krótko, zwięźle i na temat). Przyjrzałam się dość nieciekawej okładce i z niezbyt pozytywnym nastawieniem zaczęłam czytać...

"Babskie nasienie" to zbiór króciutkich opowiadań. Akcja toczy się w czasach przedwojennych, w czasach II wojny światowej oraz (mniej lub bardziej) współcześnie, a jej osią w większości opowiadań są kobiety. Poznajemy codzienne życie małych społeczności, głównie wielonarodowościowych.

Mimo mojego początkowego braku przekonania szybko uświadomiłam sobie, że jest to książka z rodzaju moich ulubionych- niewielkich rozmiarów obrazki łączące się w jedną, spójną całość, autor zabierający Czytelnika na spacer poprzez czasy i miejsca (nawet, jeśli tu nie mają zbyt dużej rozpiętości), a do tego język współgrający z treścią, co zawsze dodaje klimatu- to coś, co zawsze odbieram pozytywnie. Całość okraszona szczyptą humoru i celnych uwag daje Czytelnikowi do myślenia, zmusza do refleksji i zadumy na różne tematy. Dodatkowym plusem jest wprowadzenie elementów fantastycznych, które wybranym opowiadaniom nadają dreszczyku, a innym nieco ironicznego charakteru. W każdym razie, uważam, że książka świetnie oddaje charakter tamtych czasów i ludzi ówcześnie żyjących. Postaci, dobrze zarysowane, są bardzo żywe i realistyczne. Muszę przyznać, że czasem łapałam się na tym, że zastanawiałam się, czy kilka opowiadań nie było silnie opartych na faktach. Autorka pochwalić się może lekkim piórem, czyta się ją lekko i szybko, więc nie sposób nudzić się przy lekturze tej pozycji.

Serdecznie polecam wszystkim, którzy lubią wycieczki historyczne!

 Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Z literą w tle"


Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Wojna i... literatura"
  

Książki szukaj w Gandalfie:
 

19 lis 2012

Dorota Masłowska- Kochanie, zabiłam nasze koty (audiobook)

Z natury jestem skromna, ale wprost nie mogę się Wam nie pochwalić faktem, iż oto przed kilkoma dniami otrzymałam propozycję współpracy od Audeo. Moja radość i satysfakcja są tym większe, że ja nic w tym kierunku nie zrobiłam. Audeo samo się do mnie zgłosiło, co ogromnie mnie cieszy i za co jestem wdzięczna. To miłe wyróżnienie i dowód zaufania oraz tego, że jednak ktoś zauważa i docenia to, co robię. Dziękuję.


Dorota Masłowska- Kochanie, zabiłam nasze koty
Czyta Katarzyna Dąbrowska
Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Wydanie pierwsze
Warszawa 2012
264 minuty



„Kochanie, zabiłam nasze koty” to moje pierwsze spotkanie z Masłowską. Słyszałam o niej wiele i nie kryję tego, że z mieszanymi uczuciami sięgnęłam po jej najnowszą powieść.
„Kochanie, zabiłam nasze koty” to opowieść snuta lekko o Farah, trzydziestoletniej mieszkance metropolii. Oprócz Fa, nie wiedzącej co zrobić ze swoim życiem poznajemy jej przyjaciółkę Joannę. Ale, czy to, co je łączy to na pewno przyjaźń? Farah traktuje Jo z wyższością, czuje się od niej lepsza i ich znajomość powoli umiera śmiercią naturalną, czy też mordowana przez zazdrość i niedowartościowanie Fa, kiedy Joanna wiąże się z dość osobliwym hungarystą- sprzedawcą armatury. Widzimy przemianę głównych bohaterek, a także poznajemy szereg postaci, z których każda jest barwna i intrygująca- spotkaną przypadkowo, zagubioną Go, wspomnianego hungarystę, sąsiada lekomana, oraz… samą Masłowską. Powieść przepleciona jest onirycznymi wizjami bohaterów, które łączą się i mieszają z rzeczywistością.

Książka pełna jest błyskotliwych, acz równie ciętych, uszczypliwych i ironicznych uwag na temat otaczającej nas rzeczywistości, jednak, jak dla mnie, zbyt wiele w niej wyszukanych słów, trudnych i przytoczonych jakby na siłę, a może po to, by podkreślić absurd całości? Powieść jest wielowymiarowa, można odbierać ją na kilka sposobów. Zabawa słowem, znaczeniami, sprawia, że „Kochanie, zabiłam nasze koty” odcina się od innych obyczajówek, wyraźnie lśni na ich tle oryginalną koncepcją, przedstawieniem rzeczywistości i kreacją bohaterów, którzy są żywi, dynamiczni, realistyczni. Brakowało mi od jakiegoś czasu właśnie takiej powieści. Masłowska plastycznym językiem drwi z współczesnego świata, obnaża cechy, które sprawiają, że ludzie szukając szczęścia przestają być sobą, wręcz gubią siebie, drwi z amerykańskiego snu. Duży plus za zapętlenie akcji powieści- cała opowieść zdaje się być realna, a autorka pobudza dodatkowo wyobraźnię Czytelnika poprzez zastosowanie takiego zabiegu.

Powieść, mimo wielu zalet ma niestety także i wady. Tak, jak już wspomniałam, mnogość trudnych, wyszukanych słów sprawia, że ma się wrażenie, że Masłowska próbuje na siłę nadać książce polotu. Także wątek snów jest, jak dla mnie, dość przekombinowany. Może i motyw „wspólnych” snów jest ciekawy, ale zbyt naciągany. Poza tym, ciągłość sennych marzeń też nieco mnie uwierała. Ich dziwność i ciągłe wracanie do nich męczyło mnie i irytowało, zwłaszcza pod koniec, gdzie oniryzm wypiera wręcz rzeczywistość.

Jako, że powieści nie czytałam, a odsłuchałam ją, czuję się w obowiązku podsumować także wydanie. Jakość dźwięku oczywiście wspaniała. Czysty, wyraźny głos lektorki, o ładnym brzmieniu, umilał i ułatwiał słuchanie. Jedyne zastrzeżenie mam co do modulacji głosu, jak dla mnie zbyt teatralnej, przez Dąbrowską. Zdecydowanie bardziej pasowałoby mi, gdyby powieść brzmiała jakby snuta przy kawie historia. Choć, może i teatralny głos podkreślał wyjątkowy charakter powieści? Tak czy inaczej, dobrym pomysłem wydaje mi się, żeby to autorzy byli lektorami swoich książek.
Przyznam, że był to pierwszy  odsłuchany przeze mnie audiobook. Prędzej jakoś nie byłam do takiej formy przekonana, jednak okazała się ona dla mnie świetnym rozwiązaniem (często zaniedbuję obowiązki domowe czytając książki, a poza tym miałam ostatnio wątpliwą przyjemność podróżować pociągiem przez pół kraju, co na szczęście mogłam umilić sobie „lekturą”).

Podsumowując, powieść wzbudziła we mnie sprzeczne emocje i zmusiła do tego, bym wysłuchała jej dwukrotnie. Nadal nie wiem, co o niej do końca sądzić. Jest jednocześnie dobra i nieco drażniąca. Z pewnością jednak, „Kochanie, zabiłam nasze koty” nie pozwoli prędko o sobie zapomnieć.
Polecam wszystkim, których nudzą już szablonowe powieści i oklepane, upiększane historie. Na pewno spodoba się też tym, którzy wymagają od książki, aby była „o czymś” oraz zmusiła ich szare komórki do wysiłku.

Za możliwość przesłuchania powieści dziękuję Audeo: